Planeta dzieci (La infana raso) − fragmenty

                                       Strumień płynie w nas bez końca
                                       Nieobiegłych świata mil;
                                       W nas tysięcy lat tkwią słońca,
                                       A my tylko jedną z chwil.
                                           Czilingirow

I

Witaj, witaj murarzu, praojcze mój, Rubenie,
któryś przez życie całe ciosał był kamienie,
boskie rzeźbiąc gargulce i anioły dostojne,
które później zdobiły świątyń wnętrza spokojne!

Witaj, witaj Rubena potomku, któryś żagle
swej karaweli co świt na maszt zaciągał smagle,
któryś, piracie, żeglował po szerokim morzu,
i który z córką karczmarza w jednym spałeś łożu;
po czym bez pożegnania porzuciłeś brzemienną:
na dnie mórz zniknąłeś – pieśnią cię witam codzienną!
(I ciebie witam również, witaj córko karczmarza,
prababko moja, która – jak to się zwykle zdarza –
na łonie swym tuliłaś syna, gdy był mały,
gdy dorósł, bezeceństwom żywot poświęcił cały:
grabieżom, mordom gwałtom i bękartów dziesięciu
był spłodził choć mężczyzna o niewielkim był wzięciu –
lecz bezsilna wobec żądzy jest wola niewieścia.
Jeden z potomków jego, wiosen mając dwadzieścia,
w Polskę poszedł na wojnę, próbować się z ojczyzną;
obficie tam był dowiódł, jak bardzo był mężczyzną,
nasienia swego na córki nie skąpiąc i synów,
zostawiając mi w spadku krocie polskich kuzynów!)
I was, miriady praojców moich, coście brzemię
pańszczyźniane dźwigali, cudzą orając ziemię:
wasz prawnuk wam podobny radośnie dziś was wita,
choć pewnie się zdziwicie, że on tak samo pyta
o was, słudzy ubodzy, o wasze bóle, rany,
jak o ciemięzców waszych się pyta zatroskany.
Wam się dziwnym zdać musi, że możny syn pałacu,
co rósł wśród złotych komnat, grał na zamkowym placu,
i wasz nędzny potomek w fartuchu niewolniczym
jakimś losu kaprysem okropnie tajemniczym –
czy tego chcą czy nie chcą – dziś w mojej są rodzinie
równy udział w krwi mając, co w żyłach moich płynie.
(Zaprawdę nie was tylko zdumienie owo trapi,
bo i syn pałacu też się niemo na mnie gapi.)
Oraz was, pradziadowie, dzicy dzierżcy korony,
coście mieczem odparli napastliwe legiony
rzymskiego Agrykoli, pozdrawiam dzisiaj: Ave!

O tak, naród ten cały (albo przynajmniej prawie)
spłodził mnie, ukazując, tak jak cnotę i dumę,
iż suma przodków mych wtedy już przerosła sumę
mieszkańców całej ziemi potężnej i ogromnej...
i o tym dziś pamiętam, i o tym nie zapomnę.
A nawet wśród wojsk wrogich, rabusiów i szubrawców
odnaleźć można wielu mojego „ja” współdawców.
Gdy barbarzyńca i żołnierz rzymski rozjuszani
miecze ostre, żelazne do swych przytknęli krtani;
już wróg się nie żyw zdał oczyma wyobraźni –
a dziś się ich nasienie złączyło w mojej jaźni.
W krwawym starciu zatapiał miecz w swego wroga biodrze:
Ten, co mej krwi jest dawcą, mą krew wytaczał szczodrze.

Już bez euforii jednak, ciebie dziś witam także
Praojcze purytański – tyś tego godzien wszakże –
i ciebie aktorzyno, któryś żywot bezpański
przehulał, memu sercu dając zapał cygański.
Oto dla ciebie, Mario, gorący pocałunek,
któraś najdoskonalszą ze wszystkich jest piastunek;
obejmuję cię Elu, coś syna porodziła,
ale imienia ojca nigdy pewna nie była:
w miłosnych i kucharskich ty sztukach jesteś wprawna.
Witam, witam wszystkich, nie widziałem was od dawna:
I ciebie, praojcze mój krawcze, witam ochotnie,
ciebie...
             ciebie...
                          i ciebie...

                                                    a rozsądek – odwrotnie:
nie pozwala wręcz pojąć ogniw tego łańcucha
zapłodnień, ciąż, urodzin; które w mojego ducha
się wkradłszy, spokrewniają mnie z królem i pisarzem,
z każdym żebrakiem, dziwką, kapłanem i lekarzem
z mego kraju lub twego, potępieni czy święci;
mimo różnic języka czy też ludzkiej pamięci.
Witaj, witaj mój bracie, uliczny kolporterze,
nas gdzieś orgazm odległy braćmi uczynił szczerze!
I ty sędzio surowy witaj mi, przyjacielu –
to samo krocza drgnienie stworzyło nas... i wielu!

Pójdź w me ramiona, bracie, o! czarny plebejuszu!
Podział ameby sprawił, że dziś nie żyję w buszu,
tam gdzie ziomkowie twoi – rasy synowie leśni
(ach, gdybym się był tylko urodził nieco wcześniej!).
Oraz ty, Jezu Chryste – z kraju gdzie słońce z góry
ląd pożera – tyś mym bratem mimo ciemnej skóry,
która w oczach twych uczniów omylnie się wybiela:
niedawno ojcowie nasi mieli jeszcze skrzela!

Coraz więcej i więcej ojców naszej przeszłości
mnoży się wciąż podług kwadratu nieskończoności;
łańcuch nierozerwalny, cienki a jednak mocny,
łańcuch ogniw żywota, światów potomek nocny,
nietrwała nic żywota, która się rozwinęła,
kiedy wieczność z żywiołem żywioł łączyć zaczęła
za sprawą drgnień wszechświata i jakaś obca siła
pierwszy płomień żywota jaskrawy zapaliła,
jeszcze słaby i wiotki jak pierwszy lot motyla –
och, ja wiem doskonale: MNIE spłodziła ta chwila!
Lecz gdy w godzinie ślepej, znów ubóstwiam sam siebie,
ojcowie moi szepczą: Czas nie staje dla ciebie!
Nie tyś jest kulminacją naszej wędrówki ślepej,
jeszcze długo po tobie iść będą dalej, lepiej;
ledwie na dróg początku jest wasze pokolenie.
Od praameby naszej do ciebie – okamgnienie!
Tyś ledwie zrodzonego jest tylko dziecka duchem.
Przybyłeś, więc idziesz. Tyś ogniwem – nie łańcuchem.
Nie pierwszym, nie ostatnim.
                          O, witajcie poprzednicy,
wy do pochlebstwa skorzy, i wy sprośni i dzicy!
Minęła wasza pora, po was już idą nowi:
odwagi bracia moi, bliźniacy kolorowi:
Czasu złuda przeklęta, która nas rozdzieliła,
ponownie nas zjednoczy.

                          W trudach tymczasem siła.
Idziemy po omacku, my ogniwa łańcucha,
którego koniec nie znany ni temu, co słucha,
nie go oczy nie dojrzą, bo nie znać go z pozoru;
on jest przed nami ciągle. Odwagi i uporu!

II

Ile religia dotyczyć ma Boga?
Tu nasza wiedza bardzo jest uboga.
Dla własnych celów pochopnie się głosi,
Że jest jedynie jedna słuszna droga.

Wielkiej pokory naucza się stale.
Boskich tajemnic nie poznał nikt, ale
Oni je znają, gdyż badali sprawę
I prze to oni nie mylą się wcale.

Prorok przed własny omamem się korzy,
Siebie wpierw zwiódłszy innym myśl przedłoży:
„Czyńcie tak i tak! Mnie słuchać musicie!
Taki jest bowiem prawy Nakaz Boży.”

Zaprawdę wiara wasza rośnie w siłę,
Rozważcie jednak czyny swe przez chwile:
Mówić, że wasz Bóg jest – nie mój – prawdziwy
Szorstkim tonem to... bynajmniej niemiłe.

U Greków niegdyś nie było skandalem,
Że Jahwe jest Zeusem, Zeus Baalem;
I każdy własnej na tę drugą stronę
Mógł drogi szukać mądrze i dojrzale.

Nie znieważano żadnej z ksiąg na Krecie,
Za prawd granicę Zwyczaj miano przecie,
Bo mądrzy Grecy łączyli prawd wiele,
Jakie istniały wśród ludów na świecie.

Księża lud grecki uczyli swobodnie,
Z każdym się Kościół obchodził był godnie,
Nikt nie miał prawa ludzi ignorować
Za ich opinii heretyckiej „zbrodnię.”

Porównaj: Fahey, co dziś pracowicie
Przez całe swoje agituje życie:
„Społeczne prawa dla Chrystusa Króla
Praw priorytetem winny być niezbicie!”

I dalej: „Państwo uznać wnet powinno
Za słuszną katolicką a nie inną
Wiarę.” Po czym wnet policja pałkami
Do zgody zmusi pokutą dziękczynną.

I tak dalej. Skrajności tyle wszędzie,
A każdy z nas wszak w ogromnym jest błędzie,
Bo, do cholery, czy mego sąsiada,
Czy wierzę w słuszna rzecz, obchodzić będzie?

Czy Bóg istnieje czy też nie istnieje –
Nieważne! „Dusza” pragnie, ciało nie je.
Ten nie pomorze rozwiązać problemów,
Który odkłada poza grób nadzieję.

Tyle gadania o „duszy”, „miłości”!
Przecież nękane są ciało i kości,
A hamowana przez płci tabu rozkosz
W spragnionej „duszy” bardzo rzadko gości.

Wspomnij Orsipa, co to swój ostatni
Łach z bioder zrzucił i wyrwał się z matni,
Ku chwale bieżąc; i drgnieniem swej dłoni
Zapalił płomień lat tysięcy bratni.

Cielesna jest „dusza” i nie jest bóstwem,
A ukazuje się drgnień mięśni mnóstwem;
Poza zmysłami ona nie istnieje –
Nauczać o niej wielkim jest oszustwem.

Ostrzegam jednak: dziełom bożym chwała!
On stworzył nas i stworzył nasze ciała
(Choć Lawrence został sądnie potępiony,
Gdy jego sztuka krocze ukazała).

Dopóki ludzkość nie zrozumie faktów,
Płciowych z godnością nie przyswoi aktów,
Snów nie zrozumie, marzeń i abstraktów;
Słyszeć nie będzie rajskich pieśni taktów.

„Dusza” to myśl jest wzruszeniem zwieńczona –
Mózg i gruczoły. Bo w ciele jest ona.
W ciele. Rasa młoda – ona stworzy
Niebo na ziemi, kiedy Bóg już skona.

XXV

-Olog zna tylko swoją -ologię znakomicie;
nie lepiej ani gorzej od nas rozumie życie
i Boga: kto odpowiedź potrafi podać ściśle,
łże, gdyż fakt najpewniejszy nietrwały jest w umyśle.
Tracimy cierpliwość, lecz od buntu każdy stroni,
jak łania uciekając, gdy psia ją sfora goni.
(Jest również i pies wielki przy boku zawsze – człowiek)
My człowieka przyszłości spod naszych nędznych powiek
Dojrzeć dziś nie możemy – jesteśmy jego cieniem
I jeszcze nam nie wolno zwać się jego imieniem...
My dziś władcy wszelkiego na tej ziemi stworzenia
rybą byliśmy niegdyś – jakże się wszystko zmienia –
(nędza nastała po was, mądrzy ojcowie wodni)
a jutro już być może będziemy bardziej godni
radości tego świata, zabawy, tańców, śpiewu,
kiedy następcy nasi zrzucą obrożę gniewu.
Tymczasem wciąż mierzymy naszym nędznym skalarzem.
Oczy nasze są oknem (a może są witrażem),
przyglądamy się... czemuś! lecz tylko własnej scenie,
widoku innych już nasze nie zna rozumienie.
Maskę na plecach mamy, a w brzuchu żar czerwony;
gdy trzeba reprodukcję dla gatunku ochrony
rozpocząć, to nie bacząc na własne niebezpieczeństwo
(czyż dla potomków naszych nie będzie to przekleństwo?),
grzbiet uginamy, by dla samicy tańczyć w słońcu,
a łańcucha wykucie bardzie nagli przy końcu
Niźli samoratunek (czajka, co jaj swych strzeże
w gnieździe, jak lama piszczy, gdy widzie groźne zwierzę,
co pragnąc porwać jaja ku gniazdu cichcem kroczy;
odsłania się lisica, choć śmierć zagląda w oczy,
gdy ku norze, gdzie śpią małe, psy już idą zgrają.
Życiem potomków swoich indywidua trwają).
Żyjemy by dać życie: lecz biada! to udręka –
to przez nas sobie samym zadawana wciąż męka –
nasze JA bowiem pragnie niźli to znacznie więcej;
wynudzenie istnieniem dziś więzi nas w udręce –
i nie możemy znaleźć innego rozwiązania,
jak uciec by już nigdy nie zastać rozstania...
wśród dogmatów, przesądów, okrucieństwa i bólu,
wiarę złożywszy w PRACY albo CHRYSTUSIE KRÓLU
i tak dalej. My wśród stada szukamy opieki
i ze spokojem nocą przymykając powieki
zasypiamy nie czując indywiduum grzechu.
Boimy się być sami i szyderczego śmiechu.
Och potomkowie moi! – nikt mnie z was nie pokocha,
nie wspomni, lecz za los wasz dziś już ma dusza szlocha;
proszę was o wybaczenie za ten dar istnienia –
spłodziłem was w pośpiechu i bez zastanowienia,
gdyż natarczywość celu strasznie parła mnie nocą,
a spytacie mnie jeszcze, zapytacie pewnie: po co?

Inne teksty:

Wielka Księga Tao (Tao Te King) po polsku
Poezja chińska po polsku
Polish Poetry in English

Inne łącza
Tłumaczenia: polski, chiński, angielski
inspekcje towarów przed wysyłką i kontrole jakości.


Witaj! <> Historia <> Wiersz <> Cała książka
La infana raso

Fragmentaro por komparo :-)

yarek@yeah.net

                                       Jen en ni, senfin’ sen baroj,
                                       La kaprica mondtorent’.
                                       En ni: vivo de miljaroj...
                                       Kaj ni estas – nur moment’.

                                           Ĉilingirov

I

Saluton, masonisto, mia prapatro Ruben
kiu dum tuta vivo grimpadis supren-suben,
ĉizante sur preĝejoj gargojlojn kaj anĝelojn!

Kaj vin, ho posteulo de Ruben, kiu velojn
de karavelo hisis kaj sur la mar’ piratis
kaj la filinon duan de tavernisto svatis
kaj lasis ŝin graveda kaj malaperis tute
sur marofundon – kara, mi kantas vin salute!
(Kaj ankaŭ vin aparte, ho tavernistfilino,
avino mia praa, al kies mola sino
sin premis tiu filo, kiu en posta vivo
dediĉis sin al rabo, al murdo kaj lascivo,
kaj dek bastardojn patris, el kiuj unu iris
milite al Polujo, kaj tie vaste viris,
al sia semofluo malfermis larĝe kluzojn,
al mi testamentante milope polajn kuzojn!)
Al vi, centmil prapatroj ŝvitintaj sub servuto,
de via tre simila pranepo jen saluto;
sed ege vin surprizus, ke li salutas ame
kiel parenco viajn jugintojn tute same.
Al vi ja ŝajnus strange, ke filo de l’kastelo
kaj via bova ido en trua sklavkitelo
per ia sortkaprico egale kontribuas
al tiu sango, kiu en miaj vejnoj fluas.
Verdire, la surprizo ne estus via sole:
eĉ pli la kastelfilo min gapus senparole!)
Kaj ankaŭ vin, praavaj kaj vilaj sovaĝuloj
kiuj rezistis venke per glavoj kaj ŝtonruloj
invadajn legianojn de roma Agrikolo –
mi vin salutas: Ave!

                        Jes, tuta ĉi popolo
(aŭ preskaŭ) min generis, laŭ pruvo de ciferoj
montrantaj, ke la sumo de miaj avaj eroj
en tiu tempo estis kelkoble jam pli granda
ol eĉ la tuta sumo de l’loĝantaro landa!
Sed ankau en la vicoj atakaj de l’legio
troviĝis pli ol unu patro de mia mio,
kaj kiam glav-al-gorĝe mortluktis murdocele
barbaro kaj romia soldato, jen duele
du homoj reciproke malamis, kies semo
kuniĝis post jarcentoj en mia sola memo.
Per dura bato unu breĉas l’alies flankon:
doninto de mia sango fluigas mian sangon...

Kaj sen entuziasmo, jen do parenca mano
al vi, prapatro morna, malrida puritano;
jen dorsobat’amika al vi, aktor’ebria,
kies boheman viglon heredis koro mia;
jen kis’al vi, Maria, kiu la pajlon faskis;
mi, vin brakumas, Liza, kiu infanon naskis
sed pri la patronomo neniam estis certa:
pri ama kaj kuira artoj vi estis lerta.
Kaj vin, tajlor-prapatro, salutas mi solene,
kaj vin...
              kaj vin...
                              vin ankaŭ...

                                      sed jam la menso svene
rifuzas eĉ koncepti individuajn erojn
de l’disradia ĉeno, gravedojn kaj generojn
kiuj en mi kulminas kaj faras min parenco
en malproksima grado de ĉiu ekscelenco,
de ĉiu almozulo, putino kaj doktoro
de mia land’kaj via, trans lingvo kaj memoro...
Saluton, frato, kiu kolportas sur la stratoj –
nin ia malproksima orgasmo faris fratoj!
Kaj vi, juĝist’severa – saluton do, amiko!
Nin ambaŭ kreis iam la sama ingvenotiko!

Venu en miajn brakojn frate, nigrulo-plebo:
disigis nin praprae duiĝo de amebo,
kaj vi Jesuo Kristo, el lando brule suna,
vi estas mia frato malgraŭ la haŭto bruna
kiun adeptoj viaj miscele kalkas blanka:
antaŭnelonge nia prapatro estis branka!

Timige amasiĝas patrar’senintermita,
multobligante sin laŭ kvadrato infinita
en la paseon retro, senbreĉa vivoĉeno,
maldika, forta, obstina, fragila vivfadeno,
kiu ekdisvolviĝis kiam kun elemento
kuniĝis elemento pro kosma akcidento
kaj la unua flagro de vivo ekaperis –
ho, tiu nekonebla momento MIN generis!
Sed se en iu blinda horo mi min ekzaltas,
mia patraro flustras: ĉe vi la temp’ne haltas!
Ne vi, kulmina punkto de nia blinda iro;
post vi tre longe pluen impetos la spaliro;
de nia praamebo ĝis vi – sekundopaso!:
apenaŭ vojkomence sin trovas nia raso.
Vi estas nur spireto de bebo novnaskita:
vi venis, iros, ero en ĉen’senintermita!
Saluton, antaŭuloj, jam pasis via horo ...
Kuraĝon, homofratoj de ĉiu haŭtkoloro –
la tempmiraĝo, kiu disigis nin damninde,
nin fine rekunigos!

                      Kaj dume, palpe, blinde,
ni venas, iras, eroj en ĉeno kies finon
ne formas ni nek vidos. Kuraĝon kaj obstinon!

II

Kiom koncernas Dion religio?
Nia kompren’ sumiĝas je ... nenio:
konjektas oni, kaj por sia solvo
pretendas pravon de perfekta scio.

Humilon vi predikas kun ... fiero.
Nepenetrebla estas di-mistero;
sed vi penetris ĝin, ĉar vi certegas:
misvoja estas aliula klero.

Profeton propra fantazi’ imponas;
li sin konvinkas, kaj dekretojn donas
por ĉiu: “faru tion kaj ci tion;
vi devas min obei - Di’ ordonas”.

Ja kredo via firmas roksimile.
Pripensu tamen: diri malhumile,
ke veras via dio, falsas mia,
estas, nu, minimume, malĝentile.

Akceptis iam grekoj sen skandalo,
ke Jaĥve estas Zeŭso, Zeŭs’: Baalo,
kaj ĉiun saĝe kaj mature lasis
elekti propran vojon tra 1’ vualo.

Neniu Libro grekojn paralizis:
la larĝajn verolimojn Moro skizis,
kaj tiu Mor’ adolte vastanima
kun fremda ver’ profite kompromisis.

La grekojn ne jugadis profesio
pastra. Honora estis 1’ eklezio.
Neniu rajtis homojn elimini
pro l’krimo de hereza opinio.

Komparu: Fahey, pastro nunjarcenta,
agitas per kampanjo diligenta:
“Socia Rajto de la Rego Kristo”
(kun la pastraro) “estas protektenda”.

Kaj plue: “Ŝtat’ agnosku ke 1’ unika
kaj vera vero estas katolika”,
kaj sekve per polico kaj bastonoj
devigu ĉiujn al konform’... publika.

Kaj tiel plu. Jen estas nur ekstremo.
En ciu hom’ troviĝas eraremo.
Sed damne! ĉu koncernas la najbaron,
se kredas mi laŭ propra teoremo?

Ĉu Dispirit’ ekzistas? Ne ekzistas?
Negrave. Sorto de 1’ homaro tristas.
Tiuj malhelpas solvon de 1’ problemoj,
kiuj pri ia posta mond’ insistas.

Tiom da parolaĉoj pri “l’animo”!
Dume la korpon trafas malestimo;
kaj per tabuoj seksaj oni baras
al la animo vojon al sublimo:

Memora jam Orsipon, kiu ĵetis
la lastan lumboveston kaj impetis
al kurovenko, kaj per sia gesto
miljaran spiritflagron alumetis.

“l’animo” estas karna? Nu fizike
ĝi povas montri sin: muskolotike.
Ekster la sensokvin’ ĝi ne ekzistas,
kaj ĝin prediki estas mistifike.

Jen la admon": adoru diajn farojn!
Li kreis nin kaj niajn konturarojn ?
(Sed Lawrence estis juge kondamnita
ĉar liaj bildoj montris puboharojn.)

Ĝis povos la homar" agnoski faktojn,
akcepti digne seksajn intertraktojn,
ĝi ne komprenos revojn kaj abstraktojn,
kaj ĝi, anstataŭ sori, sondos ŝaktojn.

“L’animo” estas pens’ kaj emocio:
cerbo kaj glandoj. Sen la korp’: nenio.
La raso estas juna: ĝi konstruos
teran ĉielon - post la mort’ de Dio.

XXV

Ĉiu -ologo konas nur sian -ologion,
ol ni nek pii nek malpli komprenas vivon, Dion:
kiu proklamas solvon mensogas. Provizora
estas plej certa fakto en nia mens’ esplora.
Ni tro senpaciencas, kaj tamen ne ribelas,
kaj kiel ŝafoj kuras se hunda bojo pelas,
(Ankaŭ la hundo estas, je sia flanko, homo.)
De l’homo de 1’ futuro ni estas nur simptomo...
kaj ni, la Kreaĵestroj, hieraŭ estis fiŝoj
(gepatroj, saĝaj-neagaj, post kiuj venis fuŝoj)
kaj morgaŭ aŭ postmorgaŭ farigos, eble, kleraj,
se niaj posteuloj nur estos pii sinceraj...
Kaj dume ni mezuras laŭ nia povra skalo;
niaj okuloj estas fenestro (aŭ vitralo?),
kaj ni ngardas... ion: sed nur la propran scenon;
pri 1’ vido de aliaj ne havas ni komprenon.
Ni kamuflaJon dorse, sed ruĝon ventre havas:
kiam la reprodukto pii ol singardo gravas,
la dorson ni kurbigas por danci antaŭ ino;
forĝado de la ĉeno pii urĝas en la fino,
ol sian vivon savi (vanelo apud nesto
ŝajnigas lamon pepe se proksimigas besto
danĝera por la ovoj aŭ idoj ; mortinvite
vulpino al la hundoj rivelas sin incito,
se en la hejma truo vulpidoj treme kaŭras.
Per viv de 1’ posteuloj individuoj daŭras.)
Ni vivas por vivigi; sed ve! ni nin turmentas,
ĉar nia MI bezonon por pii ol tio sentas;
tedaĵo de 1’ ekzisto komencas nin teruri -
kaj ni alian solvon ne trovas ol... forkuri
en dogmojn, superstiĉojn, kruelon kaj doloron,
kaj sklave ni diigas, nu, KRISTON aŭ LABORON,
kaj tiel plu; ni trovas en grega mor’ egidon,
Kaj timas stari sola kaj timas mokan ridon.
Ho miaj posteuloj ! - vi min ne rememoras;
sed jam pro via sorto mia sentemo ploras;
mi pardonpetas mian donacon de I’ ekzisto
mi vin generis blinde ĉar pelis min insisto
de l’celo, kiu ŝpinis teksaĵon de la vivo;
kaj ankaŭ vi demandos: por kio do... aktivo?

Mój adres yarek@yeah.net


Saluton! <> Historio <> La Poemo <> La Libro